top of page

(pl) On making pain pretty

  • marginaliablog
  • 30 sie 2025
  • 2 minut(y) czytania
Literatura od zawsze kochała poetów i poetki, którzy pisali od serca. Najczęściej robili to ci najbardziej nieszczęśliwi. Dlaczego więc kochamy umęczonych twórców? Dlaczego ich cierpienie wydaje nam się tak piękne?
Literatura od zawsze kochała poetów i poetki, którzy pisali od serca. Najczęściej robili to ci najbardziej nieszczęśliwi. Dlaczego więc kochamy umęczonych twórców? Dlaczego ich cierpienie wydaje nam się tak piękne?

Jeśli śledzicie media społecznościowe związane z literaturą, pewnie zauważyliście, że od kilku lat trwa swoisty renesans fascynacji i fiksacji autorami o charakterystycznych, często przygnębiających życiorysach. Pokochaliśmy tych, którzy pod maskami narratorów opisywali własne rozterki i załamania – czyli po prostu ludzi.


Jako osoba zakochana w poezji tumblr i post-tumblr (tak, roszczę sobie prawa do tej nazwy i nakładam na nią właśnie wielki znaczek copyright), zauważyłam, że autorzy i autorki z tej platformy szczególnie upodobali sobie kilka postaci:


  • Emily Dickinson – 6,5 tys. obserwujących hashtag na Tumblrze

  • Fiodor Dostojewski – 7,7 tys.

  • Albert Camus – 8,9 tys.

  • Franz Kafka – 17 tys.

  • Sylvia Plath – 28 tys.

  • Virginia Woolf – rekordzistka: 479 tys.


Każdy hashtag gromadzi nie tylko cytaty, ale też teksty inspirowane twórcami oraz całe estetyki wokół nich. To właśnie ten ostatni aspekt obserwuję z największą fascynacją. Przyznaję, sama kiedyś korzystałam z takich hashtagów – ale pod własnymi tekstami, na które Plath czy Woolf odcisnęły ogromne piętno.


Powodów, by korzystać z nazwisk wybitnych (i często tragicznych) autorów, jest wiele. Jednak coraz wyraźniej widać, że zamykanie ich w hashtagi stało się zjawiskiem powszechnym.


Trudno się dziwić tej fascynacji. Kunszt, styl i wyjątkowość każdego z nich zachwycają. Ale równie ważna jest możliwość utożsamienia się z nimi na poziomie duchowym. Wizerunki pisarzy rozpoczynają grę w skojarzenia: wszelki robak? – Kafka. Figi? – Plath. Obraz Ofelii? – Woolf. Kawa? – Camus. (Wiecie, że Camus nigdy nie powiedział swojego słynnego zdania: „Should I kill myself or have a cup of coffee?”).

Dlaczego jednak tak chętnie estetyzujemy ich życie? Dlaczego istnieje Kafkacore, a Plath trafia do jednego worka z hashtagami #KateMoss czy #LanaDelRey? Żyjemy w świecie, gdzie wszystko musi mieścić się w trendzie i pasować do mediów społecznościowych.


Doszukiwanie się piękna jest wartością niesamowicie ważną i ułatwiającą życie, jednak są zjawiska których „piękno” tkwi w ich brzydocie. Wallis w swoim tekście na temat piękna wyróżnia trzy odrębne określenia - estetyczny, piękny i brzydki. To co jednak nie jest pięknie nie oznacza, że jest od razu brzydkie. Estetyka to określenie dalekie od tego jak jest ono postrzegane w świecie social mediów. Estetyka polega na harmonii, równowadze i proporcji, a przy tym na emocjach i intencji autorskiej. Estetyka nie jest nawet kuzynką piękna. To co jest brzydkie może być więc estetyczne. Dobrym przykładem jest ludzkie ciało, choroby czy starość ukazane w sztuce - nie są one kanonem piękna, jednak przez ładunek emocjonalny są estetyczną brzydotą (estetyczną w znaczeniu Wallisa oczywiście).


Właśnie w tym znaczeniu wszyscy ci autorzy – Plath, Woolf, Dostojewski, Kafka, Camus, Dickinson – są estetyczni. Są czymś więcej niż trendami i inspiracjami dla stylów typu dark academia. Ich życie to coś więcej niż zaburzenia psychiczne.


I uwierzcie mi – nie trzeba być chorym ani pogrążonym w nałogach, by pisać dobrze. Moje najlepsze teksty (przynajmniej według moich wykładowców) powstały w zwyczajnym domu, pod opieką terapeutki, z chłopakiem i przyjaciółmi u boku.


Natalia

 
 
 

Komentarze


DON'T MISS THE FUN.

FOLLOW ME ELSEWHERE

    IMG_1028.jpeg

    POST ARCHIVE

    bottom of page